Pierwszy górski maraton rozwiał wszelkie wątpliwości i pokazał braki treningowe z zimy. Wysokie średnie tętno i umęczenie na mecie nic nie dały i wynik wyszedł po prostu słaby. Ledwo pierwsza setka, to zdecydowanie poniżej poziomu przyzwoitości.
Odmieniona trasa była zdecydowanie bardziej techniczna w porównaniu do wcześniejszych edycji w tej miejscowości. Czuło się, że jest się w górach. Kamienie, korzenie, progi, strumienie. Zjazdy pokonywane wolniej niż część podjazdów, kluczenie po kamieniach i korzeniach aby pokonać wzniesienia. Jeden tylko minus - techniczne odcinki były blisko startu, co skutkowało nerwową atmosferą i kłopotami z wyprzedzaniem w tłumie. Tłumie, bo na dystansie MEGA wystartowało ponad 500 osób!
Co ciekawe lepiej mi się jechało drugą połowę trasy. A najbardziej podobał mi się podjazd Drogą Chomntową (2.8km podjazdu po szuterku o nachyleniu 9.9%), o której większość osób wypowiadała się raczej w kwestiach ostatecznego dobicia. Całkiem nieźle wypadł też pierwszy podjazd "pod Wang" (z Karpacza Dolnego do Górnego, koło światyni Wang, 4.6km podjazdu o nachyleniu 5.5%). Tak dokładniej to lepiej niż w zeszłym roku, lecz gorzej niż w 2007. Może więc coś jeszcze z tego sezonu będzie. Nie da się jednak ukryć, że inni też jeżdżą coraz szybciej.
Kolejny maraton w Międzygórzu. Nie ma wątpliwości, że też lekko nie będzie. Jeśli nie pójdzie lepiej niż w Karpaczu, to trzeba się będzie pożegnać z II sektorem.





Komentarze