Piękne widoki, ciężka, ale prawdziwie maratonowa górska trasa i chłód... to za pewne to co każdy zapamiętał z tego maratonu. Dla mnie jednak zmagania z tym maratonem (choć odbywał się dopiero we wtorek) zaczęły się już w piątek...
Po przejażdżce po Lasku okazało się, że amortyzator nie trzyma powietrza – i to przed górskim maratonem! W sobotę nerwowe telefony po sklepach, a potem popołudnie u Mikiego i zakładanie nowych uszczelek (thx Miki).
W niedzielę jeszcze serwis obu piast, wymiana linek (zemściło się na maratonie), czyszczenie napędu... no i na jazdę zabrakło już czasu.
W poniedziałek chwilę po południu wraz z ekipą rowerowania wyruszamy na miejsce.
Ośrodek w którym śpimy jest tuż obok stadionu sportowego, gdzie znajduje się biuro zawodów – ekstra
. Tylko dlaczego w tym Karpaczu tak zimno? 
Wtorek – dzień maratonu. Śniadanie ciężko wchodzi, ale udało się je „wcisnąć” i można bez strachu o paliwo iść na start na zawody
. Tu wynikł jak dla mnie pierwszy z dwóch zgrzytów tego maratonu – jak już się udało załapać na II sektor, to nagle okazało się, że organizator zaczął źle ustawiać uczestników i nie było za bardzo gdzie się ustawić.
A potem drugi zgrzyt – start opóźniony o 20min. – i to przy tak niskiej temperaturze. Gdy wreszcie ruszyliśmy mocno już wychłodzony ociężale piąłem się przez Karpacz.
„Ależ ten czub ma tempo”... pomału wyprzedzają mnie też znajomi: Miki, Szary, Lesław, Krzysiek, Aga,...
Wreszcie koniec podjazdu i pierwszy zjazd. Szybko kończy się asfalt i zaczyna górska droga. W tłoku zupełnie odbiera mi prędkość i pewność siebie. Wyprzedzając Mikiego o mało nie wywracam się w kopnym piasku na zakręcie.
...
Podjazd drogą sudecką... staram się nie zgubić Krzyśka. Miki tylko śmignął jak odrzutowiec. Bufet... „czy to już koniec podjazdu?”. Nie, znów do góry – pod dwa mosty. My chyba do nieba tą drogą dojedziemy... tylko dlaczego przez piekło tego podjazdu?
Wreszcie są – pierwszy i drugi most – najwyższy punkt trasy 898m n.p.m.
Czas na zjazd. Trzęsie jak cholera. Widzę z przodu Krzyśka – uciekł w końcówce podjazdu, ale coś wolno zjeżdża. Jak później stwierdza, miał problemy z okiełznaniem roweru na tej kamienistej drodze.
...
Dalej było lekko w górę, lekko w dół... Bardzo ładny kawałek wzdłuż jakiegoś zalewu/jeziora?
...
Najcięższy – sześciokilometrowy podjazd czekał przed rozjazdem mega/giga. Szczególnie w pamięć zapadał początkowy odcinek 1,7km o średnim nastromieniu 11%.
Na rozjeździe oczywiście zjeżdżam w stronę mety, drugie kółko na razie jest poza moim zasięgiem.
Kawałek dalej najfajniejszy (bo najtrudniejszy na trasie) zjazd. No i nie ma już tylu rowerzystów wokół – jedynie dublowani zawodnicy z dystansu mini brzegiem sprowadzają rowery bojąc się jechać. Szkoda że zmęczone nogi utrudniają już szybką jazdę w dół.
Zjechaliśmy między budynki – „meta musi być blisko”. Niestety droga coraz bardziej się wspina, by przejść z asfaltowej w terenową.
Kilka zjazdów i jest Karpacz. Lekki podjazd i META. Jak się okazuje na drugi dzień zająłem solidne, 72. miejsce open i 48 w swojej kategorii wiekowej. Jak na pierwszy w tym roku górski maraton i początek sezonu uważam, że całkiem nieźle
.





Komentarze