W drodze na maraton w Murowanej Goślinie zadawałem sobie pytanie ‘co ja robię tu?’. Bardzo późno zaczęty sezon zdecydowanie nie nastrajał optymistycznie. Dzięki wczesnemu wyjazdowi z Krakowa na miejscu jesteśmy o znośnej porze. Odbiór numerów, dwie kolacje i koło północy do spania.
Ranek przywitał nas chłodem – 0°C i szron na autach. Na szczęście start MEGA o 11:00 więc temperatura rośnie o parę stopni, ale nadal utrzymuje się poniżej 10°C. Z racji braku sektora ustawiamy się 30min. przed startem. Niestety w cieniu. Rozmowy z Pirxem i RB sprawiają, że czas szybciej mija.
Ruszyliśmy. Na początek jak zawsze trochę nerwowo. Mijamy jakąś stłuczkę. W chwilę po zjechaniu z asfaltu lądujemy w piaskownicy. Zmarznięty podczas oczekiwania na start nie mam siły w rękach aby zapanować nad rowerem. Bezradnie widzę, jak RB mi odjeżdża. Po wydostaniu się z największego piasku mija mnie jeszcze trochę ludzi, ale nie jestem na to nic w stanie poradzić, bo jadę już na swoje maksimum.
Dalej jest trochę lepiej. W większości jedziemy po ziemno-piaszczystych drogach, sporadycznie trafi się jakiś bruk. Większość trasy w lesie, dzięki czemu nie odczuwa się za bardzo wiejącego wiatru. W kość daje tylko na nielicznych odsłoniętych fragmentach. Jazda jak to na płaskim, od jednego „pociągu” do następnego. Chwilę jechałem w ekspresie, ale tempo okazało się dla mnie za mocne, więc trzeba było poczekać na osobowy
.
Do 50. km trasa zleciała dość szybko. Potem zacząłem zastanawiać się jak daleko jeszcze do Dziewiczej Góry (taki pagórek 143 m n.p.m.), na którą zgodnie z zapowiedziami mieliśmy podjechać od 3 różnych stron. Pojawiła się niedużo dalej. Udaje mi się tam wyprzedzić parę osób, których nie mogłem dojść na płaskim.
Meta miała być na 68km, ale wokół jeszcze las. Z jednej strony chciałbym, żeby już była, bo odczuwam już trudy dystansu, z drugiej udaje mi się jeszcze doganiać osoby z mojego dystansu. Wreszcie na 72km jest i meta, a za nią znajomi, którzy już ukończyli. Tym razem to oni byli górą, co w sumie mnie specjalnie nie dziwi. W końcu jak trenowali 2x albo i więcej ode mnie, to jest to naturalną koleją rzeczy.
Po przeliczeniu procentowej straty czasu do zwycięzcy okazuje się, że pojechałem jeden z lepszych startów. Jest to sporym zaskoczeniem, bo treningi do tegorocznego sezonu pozostawiają sporo do życzenia. Prawdziwy sprawdzian będzie jednak dopiero w górach – 1. maja w Karpaczu.
Na koniec jeszcze można dodać, że trasa maratonu była bardzo dobrze oznakowana; dekoracja punktualnie przeprowadzona (z czym we wcześniejszych latach często był problem na pierwszej edycji). Jak zwykle nie wiem, co było na bufetach, bo nie miałem czasu się zatrzymać
. Zabrakło jedynie znanej z zeszłego roku tabliczki 5km do mety.





Komentarze