
Na Błoniach postanowiłem nie szarpać się w głębokiej trawie, tylko pojechać spokojniej ścieżką. Cel ten udało się zrealizować, choć adrenalina wyścigowa mocno o sobie dawała znać podszeptując, by wyprzedzać z prawej bądź lewej
.
Na płaskim asfalcie trochę zacząłem się przesuwać do przodu, jednak ludzie jakoś blokowali, a nie chciałem ryzykować gleby. Początek podjazdu pod zoo tempem grupy... ale już na drugiej połowie znajomość podjazdu zaczęła dawać o sobie znać ;) i zacząłem piąć się do góry. Ostrożny zjazd do obserwatorium i dalej do polnej drogi. Tutaj w przeciwieństwie do zeszłego roku coś zupełnie nie mogłem nabrać rozpędu i to mimo bikeholika Marcina, którego starałem się nie zgubić. Płaskie drogi pod wiatr do Morawicy były dla mnie nad wyraz ciężkie. Dopiero na podjeździe w stronę wąwozu Półrzeczki udało się znów kogoś wyprzedzić.
Dalej raczej jazda podobnym tempem co okoliczni bikerzy. Podjazd z Nielepic do Kleszczowa znów dał szansę na przesunięcie się o pozycję czy dwie. Tym sposobem z czystym horyzontem dojechałem do zjazdu w Kochanowie, dzięki czemu bez obaw mogłem puścić się w dół wąwozem, którego sprawny zjazd ostatnimi czasy sprawia mi sporo frajdy. Na dole doszedłem jakąś grupkę - widać zjeżdżali wolniej.
Zaczął się ziemny podjazd z dwoma nastromieniami. Na pierwszym minąłem grupkę 3 osób. Na drugim zbliżyłem się do zawodnika w stroju SunnBorn. Po sylwetce patrząc, stwierdziłem że to chyba Jacek Dudek, ale pomyślałem sobie - niemożliwe, on jest mocniejszy... no może jakiś defekt miał. Na bufecie w Szczyglicach dowiedziałem się, że jednak nie, po prostu ten sezon sobie odpuścił.
Na zjeździe do Burowa w oddali mignął mi zawodnik w charakterystycznym stroju Subaru. "Czy on czasem nie ma pomarańczowego roweru? Po górskich solidnych przegranych jechałbym tak niedaleko za Vacem?". Droga weszła między domy, potem szybki zjazd asfaltem i stroma hopka do góry. Tak, już mam pewność, to Vacu. Mocno się zbliżyłem i w wąwóz prowadzący do Aleksandrowic wjechałem niewiele za nim.
Na dole na asfalcie szybko go doszedłem, jak również Olka z M1 z Kellys'a. Po wjechaniu na nierówne, polne i szutrowe drogi jakoś jednak nie mogłem utrzymać tempa i tasowałem się z nimi praktycznie aż do Zakamycza. Tam Olek został lekko z tyłu, a Vacu zaczął mi uciekać na pierwszym z 3 podjazdów wieńczących maraton.
Gdy wyjechałem na górę, na prostej między drzewami nie było już po nim ani śladu... Minął mnie za to motor. Blokujący mnie zresztą na zjeździe w stronę zdezelowanego mostka. Coś ci motokrosiarze, to kiepsko zjeżdżają
. Po krótkim podejściu nie mogłem się rozkręcić, ale gdy już mi się to udało uciekłem w końcu Olkowi.
Zjazd przez lasek i na "białej drodze" znów widzę Vaca. Niesiony dopingiem osób z jego teamu
szybko się zbliżam, by na szczycie być już tuż za nim. Tam też mija nas zwycięzca dystansu GIGA - Andzej Kaizer. Zjazd trawersem, mijam zawodnika, który zaplątał się w gałąź i już niemal ostatnia prosta. Po asfalcie jedzie się leciutko, gorzej po wjechaniu na błonia. Ostatecznie na finiszu udaje mi się urwać Vaca.
Gdy pojawiają się wyniki jestem w szoku - spełniło się marzenie - zmieściłem się w pierwszej 50.! 43. miejce open i mało tego, po przeliczeniu straty do zwycięzcy okazuje się, że w Kielcach będę miał prawo startu z II sektora, w co (zwłaszcza po defekcie w Głuszycy) już zupełnie nie wierzyłem jakoby mogło być możliwe jeszcze w tym roku. Cóż więcej napisać?... Oby więcej tak udanych startów
.





Komentarze